...

Życzliwa dyscyplina

Przez długi czas postrzegałam dyscyplinę jako takiego wewnętrznego sierżanta. Stoi, krzyczy, stuka laską w podłogę i warczy: wstawaj, ruszaj się, zrób to, nie odkładaj. Efektów takiej perspektywy możesz się domyśleć. Sierżant krzyczał, ja ignorowałam. Potem czułam się winna. Potem sierżant krzyczał głośniej. Błędne koło znane chyba każdemu.

Jednak powoli, z biegiem lat i odkrywaniem m.in. filozofii wschodu zaczęłam rozumieć, że dyscyplina może wyglądać inaczej.

Rano wszystko widać

Poranek to miejsce, gdzie moja dyscyplina jest sprawdzana każdego dnia na nowo. Kocham ideę wczesnego wstawania i równie mocno kocham ciepłą pościel. Te dwie miłości przez lata toczyły ze sobą cichą wojnę.

Sierżant kazał mi wstawać o przed szóstą i czuć się zwycięzcą. Kiedy tego nie robiłam, bo czasem wjeżdża żyćko, dzień zaczynał się od małej porażki. Od szeptu: znowu ci się nie udało.

Dziś wstaję mniej więcej o tej samej porze. Ale robię to inaczej – bez kary za wczoraj, bez wyścigu z samą sobą, bez oceniania. Po prostu wstaję. Nalewam szklankę ciepłej wody. Siadam przy oknie, zanim dom się obudzi.

To nie brzmi jak rewolucja, wiem. Ale w środku jest nią.

Co to właściwie znaczy życzliwa dyscyplina?

Nie chodzi o odpuszczanie sobie wszystkiego i mówienie trudno, jestem z siebie zadowolona kiedy od tygodnia leżę na kanapie. To by było miłe, ale trąci zakłamaniem.

Życzliwa dyscyplina to takie podejście, w którym traktuję siebie jak kogoś, na kim mi zależy. Jak najlepszą przyjaciółkę, nie jak podwładną.

Przyjaciółce powiem: Ostatnio nie ma Cię o świcie przy oknie. Nie tęsknisz za tym? Podwładnej powiem: Znowu nie wstałaś. Wyjaśnij dlaczego.

Jedno zaprasza. Drugie osądza.

Buddyzm pomógł mi to zrozumieć

Gdzieś w tej filozofii, która od lat towarzyszy mi w tle, jest taka myśl: wysiłek powinien być właściwy. Nie za słaby, nie za mocny. Jak struna, którą jeśli napniesz za bardzo, pęknie, a za słabo, nie zagra.

Życzliwa dyscyplina to właśnie ta właściwa naprężona struna. Dość, żeby brzmiała. Nie za bardzo, żeby nie pękła.

I co z tego wynika praktycznie?

Wstaję rano. Nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że ten czas jest mój. Cichy, wolny, własny. Dyscyplina przestała być więzieniem. Daje mi przepiękny prezent – spokojny poranek.

I tak. Czasem jeszcze  sierżant odzywa się surowym tonem gdzieś tam w środku. Ale wiem, że mogę go uprzejmie posadzić przy herbacie i powiedzieć: dzięki za troskę, dam sobie radę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Seraphinite AcceleratorOptimized by Seraphinite Accelerator
Turns on site high speed to be attractive for people and search engines.